Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/consuetudo.na-krawedz.sanok.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
Mark ponuro popatrzył na skrawki papieru zaścielające dywan.

Przed pożegnaniem zadał Badaczowi Łańcuchów bardzo ważne pytanie:

– Chyba nie – odrzekł jej teść. – Myślę, że Sebastian najbardziej
i znajomych, prawdopodobnie odkryła niejedną
Odwróciła się. Wiosło, ku któremu już
- Lionelu, widziałeś Sinclaira? - zapytała Vixen,
zwalczania AIDS w Afryce połączyć z możliwościami królewskiej
- Tak. I uważam, że dobrze zrobiłam. Szkoda, że
wyjść na żwirowy podjazd oddzielający pałac od ogrodu.
się zdradzić. Nie wolno nam ryzykować.
Wstała i poszła do pokoju Madison. Drzwi były zamknięte.
powinien jak najszybciej coś wymyślić.
- Podroczyć? - zapytał Sinclair, gdy zostali sami.
– Ale moje dzieci śpią na górze. Boją się i trzeba, żeby wiedziały,
się wyznać Sidney?
Może będzie miał szczęście i sprawa na tym się zakończy.

Na twarzy ochmistrzyni pojawiła się prawdziwa zgroza.

- Co chciałeś przez to powiedzieć? -
sprawdzać, czy ma bliznę na brodzie czy nie.
Wysadził obu chłopców.

- Pia! Tak się cieszę, że wreszcie cię złapałam! Nic nie powiedziałaś,

Pani Burchett wydęła wargi z niezadowoleniem.
Mark uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, dla którego przeleciała przez pół świata.
Kiedy nie wyglądało na to, żeby ona o nim myślała! Jego tytuł, władza i pieniądze nie robiły na niej najmniej¬szego wrażenia. Nie próbowała go sobą zainteresować. Na¬wet nie chciało się jej ładnie ubrać ze względu na niego! Owszem, dwa razy zrobiła się na bóstwo, ale tylko po to, by Ingrid nie traktowała jej z wyższością. Nie przyszło jej do głowy stroić się dla Marka i nawet się z tym nie kryła.

kandydatki na nianie. A kiedy spotka Pię, przeprosi ją

- Ruszajmy. Trzeba go aresztować. - Mam nadzieję, że mówisz o Klapsie Watkinsie - powiedział Beck. - Nie przypuszczam, że myślisz o aresztowaniu Chrisa. - A jakże! - odparł ochoczo Scott. - Nie tak szybko, Wayne - ostudził jego zapał szeryf. - Może powinniśmy znowu porozmawiać z Chrisem? - zwrócił się do Becka. - Na podstawie takiej opowiastki? Sayre spojrzała na niego z konsternacją. - Oskarżasz mnie o kłamstwo? - Nie, Watkins rzeczywiście jest na tyle głupi, by wyciąć podobny numer. Dopóki jednak nie znajdzie się w areszcie, jedynie twoje słowa potwierdzają to, co powiedział. Tylko ogromnym wysiłkiem woli powstrzymała się od tego, aby go nie uderzyć. - Idź do diabła. - Sayre - skarcił ją stanowczo szeryf. Spojrzała na niego. - Przekazałam wam całą moją rozmowę z Watkinsem, słowo w słowo. To właśnie powiedział: Księga Rodzaju, rozdział czwarty. - Wierzę ci i prawdopodobnie Beck również - odparł szeryf. - Pamiętaj jednak, że reprezentuje Chrisa. Sayre spojrzała Beckowi prosto w oczy. - Nigdy o tym nie zapominam. - Pamiętaj również, że Watkins niedawno wyszedł z więzienia - ciągnął Rudy. - Jest zdolny powiedzieć cokolwiek, co pozwoli mu zostać na wolności. Tą opowiastką o Biblii może nam próbować zamydlić oczy, sprawić, że uznamy Chrisa za zabójcę własnego brata, a tym samym uwolnimy Klapsa od presji podejrzeń, przynajmniej na tyle długo, by zdążył prysnąć do Meksyku. - Uważam, że właśnie to chciał osiągnąć - zgodził się z szeryfem Beck. - Zaczyna się bać. Jest zdesperowany i czuje, że grunt pali mu się pod nogami. Chce zrzucić winę na kogoś innego, a wszyscy dobrze wiemy, jakie uczucia żywi wobec Hoyle'ów. - Nie sądzisz, że i mnie mogło to przyjść do głowy? - rzuciła gniewnie Sayre. - Nie jestem głupia. - Nikt cię o to nie oskarża, Sayre - powiedział Beck. - Rzeczywiście, nie. Tylko o kłamstwa. - Uspokój się. Nie próbuję udowodnić nikomu, że się mylisz lub kłamiesz. Po prostu próbuję znaleźć w tym jakiś sens. Załóżmy, że Watkins mówił prawdę i wie niejako z pierwszej ręki, że Chris zabił Danny'ego, Jeśli tak, dlaczego nie skontaktował się wcześniej z policją, żeby przekazać te informacje? Dlaczego ryzykował wejście w konflikt z prawem, włamując się do twojego pokoju hotelowego i grożąc ci nożem? Dlaczego tak ryzykował, żeby powiedzieć ci coś takiego? - Ponieważ wiedział, że nie zostawię tej sprawy. - Nikt w tym biurze nie zamierza zostawić tej sprawy nierozwiązanej, pani Lynch - uciął dyskusję Scott. - Musimy działać, szeryfie. Wiemy już o zamieszaniu Chrisa w to morderstwo. - Na podstawie znalezionego na miejscu zbrodni pudełka zapałek? - spytał drwiąco Beck. - Ustaliliśmy również, że Chris mógł popełnić ten czyn w ciągu dwóch godzin, co do których nie ma alibi. - Chyba że wam je przedstawi. - Nie ma go - powtórzył Scott.
Myślała z największym trudem i ledwo oddychała, ponieważ Mark wciąż stał tuż przy niej.
- Klasycznie. Kiedy zaczął się wymądrzać, oparł nogę na łóżku, odsłaniając w ten sposób krocze. Kopnąłem go w jaja najsilniej, jak mogłem. Nie trafiłem zbyt celnie, bo jedynie go osłabiłem. Przewrócił się, ale nie wypuścił noża. Kiedy próbowałem mu go zabrać, zamachnął się na mnie, nie trafił, więc spróbował znowu, ale tym razem udało mi się chwycić go za nadgarstek. Zaczęliśmy walczyć. Watkins przegrał i upadł na ostrze. Musiał sobie przeciąć jakąś tętnicę w brzuchu, bo krew dosłownie zaczęła się z niego wylewać strumieniem. Próbowałem zatamować krwawienie, ale umarł po kilku minutach. Beck spojrzał na Scotta. - To była zdecydowanie samoobrona. - Oczywiście, tak to wygląda. - Detektyw wyciągnął dłoń do Chrisa. - Jestem panu winien przeprosiny, panie Hoyle, za wszelkie niedogodności i wstyd, jakich stałem się przyczyną. Najbardziej jednak żałuję, że zacząłem pana podejrzewać. Chris uścisnął rękę Scotta. - Wykonywałeś swoją pracę. My, Hoyle'owie, potrzebujemy ludzi takich jak ty, żeby chronili nasze miasto, prawda, Huff? - Tak jest. Rumieniąc się na tę pochwałę, detektyw sięgnął po torbę z dowodem rzeczowym. - Zabiorę to do biura i zarejestruję - powiedział do Rudego. - Jeśli chcesz, mogę zawieźć ją jutro do Nowego Orleanu. - Dzięki. Jak tylko wrócę na komendę, napiszę oświadczenie, które Chris podpisze. Detektyw dotknął palcami brzegu kapelusza i spojrzał na Sayre. - Do widzenia pani. - Z tymi słowy odszedł, unosząc torbę z dowodem rzeczowym. Chris zaciągnął się głęboko papierosem i zgasił niedopałek na schodku. - Będę rad, kiedy to wszystko wreszcie się skończy. Być podejrzanym o morderstwo to żadna przyjemność. Nie mówiąc o tym, że odciąga mnie to od spraw przedsiębiorstwa, a tam dzieje się bardzo źle. - Spojrzał ze złością na Sayre, ale nie skomentował jej uczestnictwa w wydarzeniach, które doprowadziły do zamknięcia fabryki. Karetka z ciałem Watkinsa zdążyła już odjechać, pozostali zaczęli się powoli zbierać. Rudy Harper został najdłużej. - Wygląda gorzej niż Klaps - zauważył Chris, śledząc jego wyjazd. - Ma raka. Wszyscy spojrzeli na Huffa, poruszeni tym, co powiedział. - Jest bardzo źle? - spytał Chris. - Powiedzmy tylko, że to dobrze, iż Wayne Scott zaczął grać w naszej drużynie. - Nie podpisał jeszcze listu intencyjnego - mruknął Chris. - Skrucha potrafi zmiękczyć serce niejednego człowieka. Chyba czas na to, abyś wysłał mu list z podziękowaniem i małym prezencikiem w kopercie. Chris odwzajemnił konspiracyjny uśmiech Huffa. - Zrobię to jutro z samego rana. - Idę nad wodę - rzuciła sztywno Sayre. - Beck, zawołaj mnie, kiedy będziesz gotowy do odjazdu. Chris przyglądał się odchodzącej siostrze z rozbawieniem. - Chyba obraziliśmy Sayre. A może po prostu jest wkurzona, że tak się co do mnie pomyliła? Beck nie odpowiedział, Huff zdawał się nie słuchać. Przyglądał się fasadzie rozklekotanego domku. - Powinienem sprzedać ten teren.